niedziela, 16 czerwca 2013

Ciemne strony EVS, czyli nie jedź byle gdzie

Projekt nasz zmierza ku końcowi - w związku z otrzymaniem przeze mnie propozycji pracy w Madrycie, zdecydowaliśmy się opuścić Estonię. Szczerze przyznam, że chciałbym, aby ta decyzja przyszła nam z trudem - tak jednak się nie stało. Rozważając temat doszedłem do wniosku, że chyba czekaliśmy na coś, co uwolni nas od dalszego tracenia tutaj czasu.

Co jest nie tak z naszym EVS-em?


Prawie wszystko. Do rzeczy, które są w porządku zaliczyć mogę co najwyżej terminowość otrzymywania pieniędzy i towarzystwo (a przynajmniej jego część). Część winy za taki stan leży co prawda po naszej stronie (o tym później), ale zdecydowana większość to nieprzygotowanie oraz brak zainteresowania losem wolontariuszy organizacji goszczącej. Po organizacji społecznej spodziewałem się zdecydowanie czegoś więcej. Fakt, że 'praca' nasza odbywała się w biurze organizacji, która koordynowała projekty wolontariackie innych wolontariuszy, był tylko dodatkowym bodźcem do otwarcia oczu na pewne sprawy.

Praca - obowiązki w organizacji przyjmującej

A właściwie ich niedobór, żeby nie powiedzieć brak. W momencie rekrutacji obiecano nam ciekawe, angażujące i wymagające zajęcia - przygotowywanie projektów wymian młodzieżowych (okazało się to spamowaniem innych organizacji metodą copy&paste), naukę języka estońskiego (podobno zabrakło na to pieniędzy, bo 'nie opłaca się wynajmować nauczyciela dla tylko 2 osób - jakoś przed wyjazdem, na papierze, się opłacało), współpracę przy koordynacji działań z innymi organizacjami pożytku publicznego w Estonii (w rzeczywistości polegało to na pomocy przy pakowaniu paczek w banku żywności dla najuboższych mieszkańców Tallina).

Z pięknego harmonogramu, który całe dnie zapełniał nam zajęciami, pozostały wspomnienia. Dzień za dniem upływały nam na przeglądaniu Facebooka i Wykopu, sporadycznie przerywane drobną papierkową robotą, który była zbyt nudna dla szefowej. Praca w biurze NGO (rzadkość w projektach EVS) okazała się być nudniejsza, niż praktyka w polskich urzędach administracji lokalnej. Samo 'biuro' natomiast prezentuje się nad wyraz ubogo - 2 malutkie pokoiki na zapleczu budynku, w którym znajduje się jeszcze restauracja i klub weteranów estońskich sił zbrojnych. Całą załogę naszej organizacji stanowi szefowa, dumnie tytułująca się na każdym świstku 'Head of the Board' (prezesowa zarządu).

Fundusze wolontariusza EVS

Są żałośnie małe, przynajmniej jeżeli mówimy o Tallinie. Choć piękne i urokliwe, miasto to jest po prostu turystycznym piekłem. Pobliskie lotnisko zapewnia łatwy dostęp mieszkańcom Europy Zachodniej, a port ściąga tabuny Finów. Skutkiem są oczywiście astronomiczne ceny na mieście. Niemalże nie sposób pójść na kawę z ciastkiem, mając w portfelu mniej niż 6 euro. O tradycyjnych, tanich jadłodajniach można zapomnieć. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że EVS to nie są wakacje, a otrzymywane środki nie powinny pozwalać na codzienne stołowanie się na mieście, ale osoba rozpisująca projekt powinna przy rozdzielaniu środków brać pod uwagę koszty życia w mieście, do którego ściąga ludzi. Młoda osoba, która przyjeżdża tu jako wolontariusz na rok (poznaliśmy takie przypadki) jest skazana przez cały ten czas biedować, no bo jak za 200 EUR miesięcznie pozwolić sobie na piwo (od 3 EUR) lub drinka (od 6EUR) na mieście? Tymczasem pieniędzy w projekcie nie brakuje, brak tylko chęci organizacji koordynującej, aby się nimi podzielić. W końcu to nie oni muszą zaciskać pasa, będąc gościem, i chcąc zrobić coś dobrego w obcym kraju!

Nasza wczorajsza wycieczka do Tartu pozwala nam porównać sytuację wolontariuszy EVS w innych miastach, na innych projektach. Osoby te dostawały więcej pieniędzy w mieście, w którym piwo na rynku można wypić za 1.5 EUR, a obiad zjeść już od 2 EUR! W czym moim zdaniem tkwi przyczyna takiego stanu rzeczy? Otóż ci poznani przez nas wolontariusze, zostali przyjęci z pominięciem organizacji koordynującej, która lubi położyć łapę na kasie (to jest w końcu źródło jej utrzymania). Ośrodek młodzieżowy, przedszkole czy instytucja kulturowa i tak ma doraźną korzyść w postaci darmowego pracownika - nie ma potrzeby, żeby żerować na przeznaczonych dla niego pieniądzach (których i tak sama nie musi wykładać). 

Usłyszane od innych

Choć wiem, że zabrzmi to okropnie, ale często człowiekowi poprawia humor wiedza, że inni mają gorzej. Przyznam się, że bywały okresy, kiedy taka świadomość naprawdę znacząco poprawiała nasze morale (mieliśmy chwile kryzysu). Jednak w kontekście tego wpisu nie jest moją intencją poprawianie sobie samopoczucia. Chciałbym ukazać, że niektórzy z poznanych przez nas wolontariuszy EVS trafili o wiele gorzej. Czynnikiem wspólnym była ta sama organizacja koordynująca, w której 'pracujemy'. 

Jednemu z naszych włoskich kolegów obiecano pracę w przedszkolu dla upośledzonych dzieci. Wydawało mu się, że wiedział na co się pisze (chciał nauczyć się pracy z takimi osobami). Był w błędzie. Z opisu jego projektu wynikało, że pracownicy rzeczonego przedszkola posługują się sprawnie językiem angielskim, a ponieważ kolejny już rok z kolei przyjąć mieli wolontariusza, nie było niczym dziwnym założenie, że musi to być prawda. Co więcej, nasz kolega myślał także, że tak otwarci na świat ludzie nie będą mieli problemu z wymyślanymi przez niego inicjatywami. 'Sprawnie posługująca się językiem angielskim' kadra, okazała się być dyrektorką ośrodka, oraz jedną osobą, która język ten okropnie kaleczyła. Nie miał więc z kim rozmawiać. Nie miał komu przedstawiać swoich pomysłów. Dyrektorka pozostawała głucha na wszelkie inicjatywy (ona wie lepiej, bo robi to od zawsze). Nasz włoski kolega okazał się więc być murzynem od czarnej roboty (przebieranie, pilnowanie dzieci), dzięki czemu kierowniczka przedszkola mogła oszczędzić przez ten czas na jednym etacie i zapunktować u rodziców za 'międzynarodowe inicjatywy'. Włoch, o którym mowa, postanowił zakończyć swój projekt przed czasem - na dniach kupuje bilet i wraca do swojego ojczystego miasta.

Usłyszeliśmy parę podobnych historii, jeżeli będzie zainteresowanie tematem, chętnie opiszę je w kolejnym wpisie, lub w komentarzach.

Co mogliśmy zrobić lepiej przed wyjazdem?

Przede wszystkim (co części osób zapewne nie zdziwi) RESEARCH i ZADAWANIE PYTAŃ. Co prawda tak jednego, jak i drugiego nie pominęliśmy, poświęciliśmy im natomiast najwyraźniej za mało czasu. Za pewnik np. założyłem, że skoro jedziemy pracować w biurze NGO, to 'biuro' oznacza przynajmniej kilka osób i dużo pracy. Sprytne zabiegi osoby kierującej tym biurem w Estonii (jak np. wspomniane wcześniej tytułowanie się 'prezesem zarządu', podczas gdy w rzeczywistości jest jedynym pracownikiem) zmyliły nas. Okazałem zbyt małą dociekliwość, a za dużą ufność. Mój błąd, choć uważam również, że miałem prawo mieć pewne oczekiwania od organizacji pozarządowej o takim a nie innym profilu. Moje oczekiwania zderzyły się z cwaniactwem osoby kierującej tą organizacją, która najwyraźniej dawno już postawiła wyżej własne dobro od czasu (niektórzy przyjechali tu nawet na rok!) i szansy (na długoterminowy EVS można pojechać tylko raz w życiu) osób, którym zobowiązała się pomóc. Przynajmniej w założeniach projektu. 

Zaznaczam, że nie jesteśmy naiwniakami, którzy myśleli, że jadą do Estonii zbawiać świat. Naszym celem było zdobycie ciekawego doświadczenia, poznanie nowego kraju, interesujących osób. Do wyjazdu naprawdę przygotowaliśmy się solidnie. O pewnych rzeczach jednak po prostu nie dało się pomyśleć (lub podejrzewać) przed przyjazdem. W naszym kraju EVS jest wciąż zbyt mało popularny, aby opinie o nim były łatwo i szeroko dostępne. W mojej opinii cenne są przede wszystkim te negatywne. Celem tego wpisu jest między innymi uzupełnienie tej luki. Jest to post 'ku przestrodze' naiwnych. Aby nie stracili swojej szansy, mogąc zrobić coś naprawdę fajnego - nawet, jeżeli ma być to tylko substytut trudnej do znalezienia w naszym kraju pracy. Proszę Was, abyście dokładnie prześwietlali każdą informację, jaką karmi was organizacja wysyłająca. Nie jedźcie gdziekolwiek, tylko dlatego, że możecie. O ile nie jesteście niesamowitymi szczęściarzami, będziecie tego żałowali. W interesie organizacji tak wysyłającej, jak i przyjmującej zazwyczaj NIE JEST działanie dla waszego dobra (wbrew temu, co mówi propaganda UE na temat tego typu projektów). One po prostu mają w tym interes. Jeżeli nie będą chciały udzielić wam informacji, których oczekujecie, szukajcie gdzieś indziej. To zazwyczaj sygnał, że coś jest nie tak.

W następnym wpisie zamieszczę wskazówki odnośnie przygotowywania się do projektu EVS. Poruszone zostaną tematy wyboru organizacji, unikania pułapek oraz inne sprawy, które należy zwrócić uwagę, aby trafić jak najlepiej.

19 komentarzy:

  1. hehej.odpierdalam właśnie wolontriat w Vukovarze,Chorwacja.
    podzielam wszelkie powyższe opinie .
    Szefostwo ma w dupie,nie ma NIC do roboty.
    rok w pizdu,o ile wysiedze cały rok...
    jestem 6 miecha i mam dość.
    I zgryz łapie,bo to raz w życiu.
    Także,to prawda,nie jedź byle gdzie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Znam ten ból i współczuję. Polecam szukanie pracy czy to w Polsce czy gdzieś indziej - jak tylko coś znajdziesz, jedź. Olej projekt, skoro okazał się być lipny. My zrobiliśmy to samo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że nawet jak mają kasę to oszczędzają na wolontariuszach - 200 euro miesięcznie - jak się za to utrzymać? No wiem - z definicji wolontariusz pracuje za darmo, ale chociaż na podstawowe rzeczy powinno go stać..

    OdpowiedzUsuń
  4. Te ok 200 EUR łącznie wolontariusz powinien dostawać tylko na wyżywienie i kieszonkowe. Mieszkanie organizacja przyjmująca ma za zadanie zapewnić oprócz tego - tak więc jeżeli na jakimś projekcie powiedzieli ci, że za 200 EUR masz znaleźć mieszkanie, wyżywić się itd. to to już jest gruby wałek.

    OdpowiedzUsuń
  5. Można zrezygnować wcześniej bez żadnych konsekwencji??

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak można bez żadnego problemu. Jedyny minus jest taki, że pozostałe miesiące przepadają i nie można jechać jeszcze raz.

    OdpowiedzUsuń
  7. A mogłabym się dowiedzieć co to za organizacja koordynująca? Sama znalazłam bardzo interesujący mnie projekt w Estonii, ale jeśli miałoby być coś z nim nie tak to wyjadę do Armenii :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Naszą organizacją koordynującą i jednocześnie przyjmującą było Continuous Action.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za szybką odpowiedź, na szczęście to nie ta organizacja :)

      Usuń
  9. Hej! W poszukiwaniu informacji w necie, jak mozna zakonczyc swoj projekt, znalazlam wasz post...Musze przyznac, ze faktycznie, prawda jest to, ze organizacja koordynujaca kladzie lape na cala kase. Ja jestem w Hiszpanii, mija 5 miesiac, a ja szykuje sie do odejscia, bo znalazlam cos fajniejszego do roboty, ale wpadlam w stres zwiazany z ewentualnymi konsekwencjami (oczywiscie w euforii spowodowanej mozliwoscia mieszkania w Valencji przez 10 miesiecy prawie nic nie sprawdzilam i mialam zludne nadzieje, ze wszystko sie ulozy po mojemu). Jesli mowicie, ze mozna ot tak zrezygnowac, to troche kamien z serca. Za tydzien mam midterm to jeszcze tam podpytam. O moim EVS moglabym napisac ksiazke, ale ku przestrodze moge podac pare ciekawostek na temat mojego projektu: kasa jest nawet mniejsza niz u was, bo dostaje 105e kieszonkowego (na wejsciu odjac 7e za internet, o czym oczywiscie nie bylo mowy po wejsciu do mieszkania, dopiero zonk po przyjsciu rachunku), a organizacja koordynujaca ROBI NAM ZAKUPY. Tak. Lipne zarcie za grosze i kasa dla nich jak sie patrzy (wolontariuszy jest 10!). Proby interwencji spelzly na niczym, stlumione przebiegla szefowa, ktora jest niesmowita manipulatorka, ktora nieustannie twierdzi, ze jeszcze doklada z wlasnej kieszeni do tego, zebysmy mogli byc wolontariuszami. W pracy bez prawa do dni wolnych. 2,5 dnia wolnego za miesiac pracy? Zapomnij. Organizacja ma wolne w sierpniu, co tez jest wolnym dla nas, czyli wtedy wykorzystujemy wszystko. Oczywiscie to sie wydalo dopiero przy pierwszej probie uzyskania dnia wolnego po 2 miesiacach, wczesniej cisza. Mieszkanie daleko od jakichkolwiek fajnych miejsc, grzyb w pokojach. Na on arrival podczas proby interwencji o to wszystko dowiaduje sie, ze pan z agencji narodowej to przyjaciel moich szefow. Kazdy sobie pomaga byleby sie nachapac jak najwiecej. Ja zostalam od poczatku nazwana polska krzykaczka, ktorej sie nic nie podoba...Dobra, wylalam z siebie troche zalu,jesli ktos to faktycznie przeczyta, niech sie powaznie zastanowi, czy nie warto poszukac innego projektu. Prace z niepelnosprawnymi polecam, evs polecam, ale z opowiesci znajomych wnioskuje, ze najlepiej wybrac projekt bez ortganizacji koordynujacej, i tez najlepiej organizowany po raz pierwszy (doswiadczona organizacja juz sie nauczyla, jak mozna od wolontariusza nakrasc ile sie tylko da).Znam przypadki ludzi, ktorzy dostaja cala kase dla siebie (530e w Valencji spokojnie by wystarczylo na mieszkanie, zarcie, wydatki i wycieczki tez). No, to adios amigos. Powodzenia

    OdpowiedzUsuń
  10. Przykra historia, dziękuję, że się nią z nami podzieliłaś. Miejscami przypomina nasze przeżycia – szefowa przyjmującej nas organizacji koordynującej również zna się dobrze z każdym w 'pozarządowym światku'. Również próbowaliśmy rozmawiać z przedstawicielką Agencji Narodowej na temat wszystkich słabych punktów programu, ale bez rezultatu.

    Zrezygnować można bez problemu i w każdej chwili, nie musisz się martwić o żadne konsekwencje. Nie trzeba oddawać żadnej kasy, co więcej, i tak muszą zrefundować Tobie bilet powrotny do kraju, z którego do nich przyjechałaś. Jeżeli pojawią się jakiekolwiek sugestie odnośnie jakichś należności, uderzaj z tym wyżej, zgłaszając oficjalną skargę do kogoś, kto siedzi np. w Brukseli (można mieć nadzieję, że nie będzie powiązany żadnymi układami). Nie bój się po powrocie dopisać tutaj nazwy organizacji zamieszanych w Twoje nieszczęście, ewentualnie załóż swojego bloga, aby przestrzec innych.

    Nasze historie podobne są ze względu na działania zaangażowanych organizacji. Wymijające, nieprawdzwe lub brakujące informacje, zła wola organizacji koordynującej, dla której przyjmowanie wolontariuszy wiąże się z naprawdę grubą kasą (nasza była szefowa zrobiła sobie z tego całkiem intratne zajęcie, spijając całą śmietankę i mając od czarnej roboty wolontariuszy, również miejscowych, których potrafiła omotać).

    Kolejny raz apeluję – jeśli czyta te słowa ktoś, kto właśnie zastanawia się nad wyjazdem, weź sobie je do serca. Dowiedz się wszystkiego o wszystkim, zanim podpiszesz kontrakt. Jeżeli wyczujesz fałsz, zatajanie informacji, brak chęci współpracy przy wyjaśnianiu nieprawidłowości, powinna zapalić Ci się lampka ostrzegawcza. Jeśli tylko możesz, poszukaj wtedy czegoś innego, żeby nie żałować.

    OdpowiedzUsuń
  11. Hej! Właśnie zastanawiam się nad miesięcznym wyjazdem na EVS do Barcelony, jednak po przeczytaniu notki i tych opinii jestem trochę przerażona.. Jak można wybrać projekt bez organizacji koordynującej? I jak nie wpaść w takie tarapaty oprócz zasięgania informacji i opinii u innych? Jestem totalnie zielona w tym temacie i nie mam żadnego doświadczenia, bardzo proszę o pomoc..

    OdpowiedzUsuń
  12. Doradzałbym skorzystanie z zawartych w moim wpisie oraz komentarzach rad - starać się wydobyć wszelkie możliwe informacje od organizacji, z którą chcesz współpracować. Ponieważ jednak jest to wyjazd tylko na miesiąc, konsekwencje ewentualnego nieudanego wywiadu wielkie nie będą – przez pierwsze parę tygodni i tak dosyć trudno zazwyczaj rozeznać się w sytuacji, wszystko jest nowe, fajne, ciekawe, a na zauważanie złych stron czas przychodzi później. Na ogół.

    OdpowiedzUsuń
  13. Po przeczytaniu posta i komentarzy można się podnieść trochę na duchu, iż problem nie dotyczy tylko nas ale także innych wolontariuszy w innych krajach. My odbywamy nasz wolontariat w Gruzji, w Rustawi i trochę winiliśmy za to wszystko gruzińską mentalność, ale teraz już sami nie do końca wiemy skąd bierze się takie zachowanie. Opisana przez Ciebie sytuacja pasuje idealnie do naszej, czyli zero obowiązków, brak komunikacji, zniechęcanie do podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy (bo oni wiedzą lepiej) itd.
    Jeśli chodzi o zapobieganie takim przygodom, to uważamy, iż nie jest to takie łatwe. W katalogu organizacji na głównej stronie połowa informacji nie zgadza się ze stanem faktycznym, ale nikt tego raczej nie sprawdzi. Oczywiście należy przeprowadzić jak najlepszy wywiad środowiskowy, ale wiadomo, że osoby pracujące dłużej w organizacji są do tego bardzo dobrze przygotowane i na każdym kroku potrafią rozwodzić się długo nad zaletami swojego NGO i dlaczego właśnie powinieneś/powinnaś zgłosić się do nich. Na początku łatwo można dać się omamić, dopiero będąc po drugiej stronie widzimy jak to wszystko działa. Myślimy, że najlepszą opcją jest kontakt z poprzednimi wolontariuszami, gdyż to oni przedstawią sytuację, jaka jest na prawdę.
    Szukaliśmy też jakiejś strony w internecie, gdzie można oceniać dane organizacje NGO, aby kolejni wolontariusze mieli możliwość przeczytania o nich opinii , ale nic takiego nie znaleźliśmy. Myślimy, że taka strona z ocenami od poprzednich wolontariuszy to byłby dobry pomysł.
    No coż, na początku nasza motywacja była wysoka, z biegiem czasu zaczęła słabnąć, po wszystkich próbach zniechęcenia nas. W końcu im się udało, nie zadajemy już niewygodnych pytań, nie proponujemy swoich inicjatyw, których i tak nie podchwycą. Przeszliśmy nad tym do porządku dziennego i wolny czas a także nasze siły postanowiliśmy wykorzystać na podróże po kraju i opisywanie ich na blogu. Nie chcieliśmy rezygnować z mieszkania w tym pięknym kraju tylko dlatego, że nasza organizacja nie potrafi nas docenić i wykorzystać naszego kapitału...

    OdpowiedzUsuń
  14. hej! po przeczytaniu Waszego wpisu postanowiłam napisać komentarz... złożyłam wniosek o wyjazd w ramach EVS do Indonezji. Projekt oczywiście wydaje się być super, ale po tym co u Was przeczytałam jestem trochę przerażona... organizacja wysyłająca jest raczej lokalną ngo, projekty są wspominane miło przez wolontariuszy. Niedługo mam rozmowę z przedstawicielką organizacji i zastanawiam się o co dokładnie można zapytać, żeby nie wpakować się w tarapaty. Indonezja jest jednak na drugim końcu świata, a siedzenie tam 10miesięcy z 50euro co miesiąc przeraża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za zostawienie komentarza!
      Jeśli byli wolontariusze miło wspominają projekt, to zbytnio bym się nie martwił. Zakładając, że możesz się z którymś z nich skontaktować, zapytałbym na Twoim miejscu o wszystko, co sprawiało im problemy i z czego byli niezadowoleni. Wyposażona w taką wiedzę będziesz mogła zadawać konkretne pytania, nie dając się zbyć ogólnikowymi odpowiedziami.

      Ponadto, znając nazwy organizacji tak wysyłających, jak i przyjmujących, możesz spróbować wyszukać informacje o nich w internecie (blogi, fora, nawet komentarze w grupach poświęconych EVS na portalach społecznościowych – niby banalne, ale zdarza się o tym zapomnieć).

      Usuń
  15. Czesc. Dziekuje za ten wpis. Jestem niestety w podobnej sytyacji, nie ma zupelnie nic do roboty a obiecywano ciekawe zajecia, spedzam 6 godzin dziennie gapiac sie w sciane (bo godziny trzeba wyrobic). Pocieszylo mnie ze mozna zrezygnowac bez konsekwencji, jaki jest pierwszy krok by zrezygnowac? Ogranizacja wysylajaca niestety nie odpisuje mi juz od 2 tygodni...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz. Posta pisałem tak dawno temu, że aż musiałem sobie swoje wypociny przeczytać jeszcze raz, wraz ze wpisami innych osób :)

      Pierwszym krokiem w sytuacji, gdy organizacja wysyłająca nie odpowiada na maile, powinien być telefon - podczas rozmowy trudniej jest człowieka zbyć. Dla nich każdy dodatkowy tydzień, który spędzisz na wyjeździe, oznacza dodatkowe pieniądze i zwiększa szansę, że zrezygnujesz z walki i „odsiedzisz resztę wyroku”. Jeżeli jesteś już zdecydowana zrezygnować, powiedz im o tym i zapytaj o to, jak wygląda procedura rezygnacji. Porusz temat powrotu - to oni mają pokryć większą ich część (podobnie jak było z kosztami dojazdu), dobrze więc byłoby nie utrudniać całej sprawy i dogadać się. Nie zaszkodzi więc zawczasu przejrzeć możliwości powrotu do kraju i przedstawić im te, które pasują Ci najbardziej. Inną bardzo ważną kwestią jest odpowiednie umotywowanie rezygnacji - w Twoim przypadku nie będzie z tym problemu, ale warto sobie to ładnie ułożyć i zastanowić się nad ewentualnymi kontrargumentami organizacji wysyłającej, aby odpowiednio się przygotować i nie dać zbić z pantałyku lub zasiać ziarna wątpliwości. Ostatecznie to oni mają dostosować się do Ciebie, bo mimo pozornej władzy mają nad sobą potężny, europejski bat, który za nic ma miejscowe układy i NGOwych bonzów.

      Pewnie o tym pomyślałaś, ale na wszelki wypadek doradzam, byś zaczęła już ogarniać sobie sytuację w kraju - zawsze istnieje szansa znalezienia pracy bądź innego zajęcia, żeby nie tracić czasu po powrocie. Skoro i tak nie masz nic do roboty na wolontariacie, to równie dobrze możesz zająć się właśnie tym - sam tak zrobiłem.

      Usuń
  16. Bardzo dziękuję za szybką odpowiedź Vielokont. Zaczekam jeszcze do przyszłego tygodnia, jeżeli nadal nikt mi nie odpisze, będę dzwonić. Mam nadzieję, że procedura powrotu nie będzie trwała kilka miesięcy, bo wtedy kaszanka.. U mnie minął dopiero pierwszy miesiąc, ale niestety tak jak już pisałam nie ma nic do roboty, a organizacja zupełnie nie jest przygotowana przyjmowanie wolontariuszy, atmosfera jest fatalna. Kilka dni temu rozmawiałam o moich wątpliwościach z mentorką, po mojej "skardze" poprosiła mnie żebym wysłała jej swoje CV żeby mogła zobaczyć moje doświadczenie i co ewentualnie mogłabym robić.. brawo, w porę ;)

    OdpowiedzUsuń